INDIE I JUJUTSU
Wiek XX objawił młodzieży Zachodu starą prawdę w nowej szacie, w nowym, gandyjskim wcieleniu ukazując prastare światło Indii roświetlające umysły i grzejące serca mieszkańców ujarzmionej Azji. Mały wielki człowiek, zwany przez drwiących władców Anglii „mężczyzną z kozą", użył techniki walki, której strategia podkopała fundamenty największej wówczas potęgi świata — Imperium Brytyjskiego, stosując strategię zwaną „psychologicznym judo" (termin A. Wattsa). Przypomniano sobie nagle zapomnianą w nowoczesnej kulturze maksymę ,,ex Oriente lux", odkrywając w sercu Azji inną, równie potężną duchową eksplozję. Bowiem tymi samymi drogami, którymi w czasach kolonializmu szerzyła się wieść o wielkiej nowinie gandyzmu, podążali niegdyś skromni i niepozorni misjonarze słowa Buddy.
Buddyzm był w czasach znanych już historii jedyną wielką prawdą, która połączyła w jedność całą Azję, spajając ze sobą trzy największe i najstarsze cywilizacje azjatyckie — Indie, Chiny i Japonię. Nic więc dziwnego, że w poszukiwaniu sensu i źródeł orientalnych sztuk walki zwracano się ku Indiom, pierwsze wielkie, szczegółowo opracowane systemy sztuki bojowej uznając za produkty „buddyjskiego eksportu".
Taka wizja genezy sztuk walki, upatrująca ich początki w tajemnicach świętych ksiąg Indii — Wed*, czy też sytuująca je w jeszcze głębszym mroku indyjskich pradziejów, jest obrazem porywającym, ale wielce uproszczonym. Bardzo jest jednak prawdopodobne, że wędrowni mnisi buddyjscy stali się inspiratorami „dialogu" sztuk walki, stymulatorami ich rozwoju, tak jak rozpoczęli wielką debatę nad kształtem absolutnej prawdy, powodując ożywioną wymianę zdań w całej cywilizacji azjatyckiej. Modelową postacią był wspomniany w poprzednich rozdziałach twórca zenu, Bodhidharma, uznawany również za legendarnego założyciela słynnych szkół walki wywodzących się między innymi z Shaolinu. Badacze akceptujący taką możliwość podkreślają indyjskie pochodzenie Bodhidharmy i jego ważność w hierarchii buddyjskiej tradycji. Ukazują również szereg śladów obecności indyjskiej kultury fizycznej w buddyjskich klasztorach Tybetu i Chin. Nawet współczesny ruch powojennej, antygangsterskiej samoobrony — „mnisi pokoju" orientacji Doshin So — próbuje ożywić te związki w buddyjskiej armii sprawiedliwych, odwołując się do „indyjskiego ducha Shaolinu". Podobnie wiarygodne wydają się zestawy rysunków z klasztoru Shaolin, podkreślające już przed setkami lat indyjskie rysy trenerów walki.
Prawdopodobieństwo związku szybkiego rozwoju orientalnej sztuki nie-zbrojnej samoobrony z azjatycką eksplozją buddyzmu jest wysokie z tego choćby powodu, że szlaki pielgrzymów były szlakami handlowymi. Zarówno mnisi jak i kupcy mieli natury pokojowe, sprzyjało to bowiem ich celom i zamiarom. Narażeni byli jednak na ataki uzbrojonych napastników, stojąc ciągle przed możliwością konfrontacji z przeważającym liczbą i rodzajem broni przeciwnikiem. Noszenie oręża sprzeciwiało się ich regule i budziło podejrzenia o chęć rabunku. Samo zbliżenie się do grupy koczowników na odległość głosu było często niebezpieczne dla głosicieli buddyjskich „ewangelii" i wymagało umiejętności łagodnej, lecz wysoce efektywnej samoobrony.
By ów obraz dopełnić, bardziej radykalni entuzjaści sytuujący źródła i kolebkę bojowej sztuki w Indiach przypominają, że zarówno język staroindyj-ski, sanskryt, jak i współczesne hindi, walkę nazywają juddha, a efektywność pewnych kast czy ras specjalizujących się w zawodach wojskowych i w tym stopniu walecznych co Gurkhowie badacze ci uznają za odziedziczone poprzez geny i tradycję relikty wiedzy o najstarszej i najwspanialszej tajemnicy hinduskiej — o sztuce zachowania życia nie drogą alternatywy skrajnej — poprzez ucieczkę lub szaleńczą i ślepą agresję, lecz na drodze rozważnej samoobrony.
Z tym wiąże się inna, mistyczna orientacja, w Himalajach widząca ostoję porządku wszechświata. Ukryci w pieczarach Dachu Świata odwieczni mędrcy mahatmowie czuwają potajemnie nad losami ludzkiego kosmosu, usuwając z rąk człowieka groźne bronie. Wybrańców uczą walczyć hartując ich serca i zdrowie w zmaganiach z górskimi szczytami. Droga od takiej wiary ku jeszcze jednej formie legendy o yeti jest już niedaleka. Boso, w niedźwiedzich skórach, chronieni przed okiem ciekawskich alpinistów zmową zabobonnych Szerpów, mistrz sztuki walki i kandydat na mistrza idą ku najniebezpieczniejszym górom, by czytać „kamienną ewangelię". Mistrz zostaje u podnóża, kandydat znika wśród szalejącej zamieci, by wrócić z podróży przemieniony, przetworzony walką z żywiołem. Słowo gór, kamienna księga Himalajów, staje się nową formą mitu o labiryncie Shaolinu.
Badając relikty indyjskiej Dhunurwedy, prastarej wiedzy łuku, analizując żywe i zapisane świadectwa wysokiego poziomu bojowej sztuki Hindusów, należy więc brać pod uwagę możliwość emocjonalnego zabarwienia faktów, od lat poddanych działaniom żywego, nowoczesnego mitu. Jeden biegun takiej deformacji wstępnej perspektywy widzenia wiąże się z wizją postgandyjskich Indii jako wzorcowej krainy pokoju, choć w tym czasie kraj ten był miejscem dwóch aneksji, terenem krwawych domowych wojen, tracąc w atakach szaleństwa miliony obywateli, w tym dwoje przywódców o nazwisku Gandhi. Drugi nasuwa możliwość deformacji mistycznej, pojedyncze fakty traktując jako dowody istnienia „prasystemu" w każdej sferze.